Czytając  komentarze Gazety Wyborczej dotyczące obecnej afery hazardowej odnajduję w zakamarkach pamięci takie oto fakty:


Jest grudzień roku 1995 tuż po wyborach prezydenckich. Pewnego dnia GW na bodajże 5 stronie w pisząc wygranej Aleksandra Kwaśniewskiego i jego problemach z masowymi protestami w sprawie używania tytułu magistra stwierdziła że oto na lewicy wyrósł SUPERPREMIERw osobie premiera Józefa Oleksego i że to on przyćmi gwiazdę Kwaśniewskiego ponieważ nie ma żadnych problemów z prawem i jest dobrze oceniany przez opozycję.Nie minęło kilkanaście godzin i farba nie zdążyła porządnie wyschnąć a już  ta sama gazeta po sejmowym wystąpieniu ministra Milczanowskiego , w którym to podwładny oskarżył urzędującegopremiera o kontakty z rosyjskim wywiadem w komentarzu namawiała Oleksego do dymisji. Dla dobra sprawy. Dla dobra Polski....

Dziś mamy rok 2009 i Gazeta Wyborcza namawia do odwołania urzędnika by móc wyjaśnić sprawę. Co się zmieniło w podejściu redaktorów Gazety Wyborczej w stosunku do konfliktów premier i oskarżający go podwładny.

W oby sprawach mamy podobne okoliczności dotyczące podwładnych. Obydwaj i Milczanowski i Kamiński wiedzieli że długo nie popracują. Pierwszy wiedział że prezydent Kwasniewski go odwoła i nie będzie członkiem rządu SLD ( informacja dla młodszych czytelników: tzw. Mała Konstytucja dawała Prezydentowi RP prerogatywę powoływania do rządu ministrów resortów "siłowych". Premier nie miał nic do gadania). Drugi, czyli pan Kamiński, wiedząc że śledztwo w Rzeszowie zmierza do postawienia zarzutów też prawdopodobnie wiedział że Premier Tusk zrobi wszystko by odwołać go ze stanowiska.

Abstrahując od tego jak zakończyła się afera Oleksego zastanawia mnie czemu GW w pierwszych godzinach i dniach afery i gdy nie ma jasnej odpowiedzi na pytanie kto jest winny stoi raz po stronie urzedującego premiera a raz po stronie urzędnika o którym wiadomo że może stracić pracę co może obniżać jego wiarygodność.

Takie dziennikastwo to nie dziennikarstwo i taka publicystyka to nie publicystyka.